Drukuj
Kategoria: Odeszli na "wieczną wartę"
Odsłony: 295

28 kwietniamaja 2021 r., dotarła do nas smutna wiadomość zmarł Eugeniusz Rachwalski ps. "Kotwica", kowelanin, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, po wojnie wrocławianin. Był , naocznym świadkiem wydarzeń na Wołyniu, przed II wojną światową i podczas jej trwania. To co widział i przeżył spisał w swoich licznych książkach. Opisał autentyczne wydarzenia, fakty, ludzi i miejsca, niemal zupełnie pozbawiona fikcji literackiej. Opowieści te zapisywane były przez wiele lat, niektóre powstawały bezpośrednio, inne dopiero po pewnym czasie, wiele z nich doprecyzował historycznie w kolejnych redakcjach. W 1991 r. wydał  " Wołyń i jego żołnierze "  który przeznaczony był dla uczestników seminarium i zwiedzających wystawę poświęconą 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Autor w przedmowie napisał : " Celem tego opracowania było upowszechnienie przynajmniej skrótowej wiedzy o naszej Dywizji. Zainteresowanie historią 27 WDP AK okazało się większe niż sądziliśmy, co ośmieliło nas do powtórnego wydania tego opracowania, oczywiście po usunięciu zauważonych niedokładności i uwzględnieniu cennych uwag Czytelników.

Dziękuję Pani Izabelli Kiwerskiej i ppor. " Szymonowi" Józefowi Figórskiemu za otrzymane listy i bardzo cenne uwagi, a także Panu profesorowi Zygmuntowi Mańkowskiemu i wszystkim Koleżankom i Kolegom, którzy w rozmowach ze mną na temat "Wołynia" przekazali również dodatkowe informacje, a szczególnie za zachętę do wznowienia tego opracowania ." Z podobnego powodu prezentuję kilka fragmentów p/w książki: " (...) Największe fale deportacji - to luty 1940 r. dotyczące rodzin osób polskiej administracji państwowej i osadników wojskowych, w kwietniu 1940 r. mieszkańców terenów przygranicznych, bogatszych gospodarzy wiejskich, rodzin osób represjonowanych wcześniej, latem 1940 r. uchodźców z Polski centralnej. Ostatnie transporty odchodziły jeszcze w czerwcu 1941 r. Większość wywożonych stanowili Polacy, jednak już w kolejnych transportach znajdowało się wiele rodzin żydowskich i ukraińskich, co znacznie ostudziło zapał pozostałych do współpracy z władzami radzieckimi. Ważnym zdarzeniem, co miało duży wpływ w późniejszym okresie na zorganizowanie samoobrony i polskich oddziałów partyzanckich, a także 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, był pobór młodych roczników do Armii Czerwonej. Według bardzo zróżnicowanych danych szacunkowych przyjmuje się dzisiaj, że z terenów wschodnich Polski, gdzie do 1939 r. zamieszkiwało ok. 4 min Polaków, w latach 1939-1941 zostało wywiezionych do ZSRR ponad 1 min Polaków (internowanych oficerów i żołnierzy, aresztowanych i deportowanej ludności cywilnej, wcielonych do Armii Czerwonej). Pomimo prowadzonej propagandy i pozornie dobrych stosunków ZSRR-Niemcy, nie wierzono w deklarowaną " przyjaźń" i wcześniej czy później spodziewano się zbrojnego starcia między tymi dwoma z natury zaborczymi państwami. Potwierdzały to wiadomości przenikające z za Bugu. Cały teren Wołynia, a szczególnie jego część zachodnia nasycona była do granic możliwości różnymi jednostkami wojskowymi. Miasta były jednymi wielkimi koszarami. Budowano lotniska i umocnienia. W czerwcu rozeszły się pogłoski o mających odbyć się dużych manewrach wojskowych. Wreszcie przywidywania stały się faktem. 22 czerwca 1941 r. o świcie nad miastami i obiektami wojskowymi przeszły bombardujące fale niemieckiego lotnictwa. Po raz drugi oglądano czarne krzyże na skrzydłach latającej śmierci. Walec wojny toczył się na wschód. Chociaż była to obca wojna - niosła nadzieję Polakom, ale także straszliwe cierpienia. Z różnymi uczuciami obserwowano jej przebieg. Jak ją widzieli Wołyniacy? Przez cały czas, aż do ostatnich godzin przed wkroczeniem Niemców obowiązywała normalna praca. Od pierwszych godzin ruszyły na wschód zatłoczone pociągi ewakuacyjne, pojawiły się małe oddziały przemieszczające w różnych kierunkach, potem szły fala za falą olbrzymie masy wojska, czołgów, artylerii. Walk powietrznych było mało, nalotów bombowych także. W niektórych miejscach, szczególnie w miastach wojska radzieckie starały się stawiać opór, jednak zagrożone przez oskrzydlenie wycofywały się dalej na wschód. Na samym końcu szły oddziały specjalne. Jedne niszczyły wszystko ­ co zniszczyć było można. Magazyny - przeważnie zbożowe, młyny, elektrownie, wodociągi, urządzenia kolejowe, mosty, okazalsze budynki. Inne w bezlitosny sposób mordowały własnych pojedynczych żołnierzy i oficerów - słabych, chorych i poranionych, którzy mogli być zagarnięci przez Niemców, lub takich, których podejrzewano o chęć dezercji. Do tych ostatnich należeli przeważnie młodzi żołnierze pochodzący z tego terenu. Swoją krwawą robotę wykonywały też specjalne oddziały NKWD mordując więźniów, których nie zdołano wcześniej wywieźć. Takie masakry były w wielu miastach m.in. w Kowlu, Równem, Dubnie i Łucku. W umiejętny sposób te fakty wykorzystali Niemcy dla celów propagandowych, umożliwiając przez kilka dni po wkroczeniu - oglądanie i wyszukiwanie zwłok najbliższych przez ludność miejscową. Z ciekawością oglądano wkraczające wojska niemieckie. Reprezentowali się okazale - zewnętrznie, zwłaszcza w porównaniu do żołnierzy radzieckich. Imponowało ich uzbrojenie, stopień zmotoryzowania, organizacja - a może też prawdziwa, lub udawana pewność siebie. Ale ich postępowanie nie było lepsze od tych, którzy przed godzinami odeszli. Rzadko brali pojedynczych jeńców, przeważnie mordowali ich na miejscu, nawet na ulicach miast. Swoje panowanie rozpoczynali od ekscesów lub po prostu pogromu Żydów. Godnie pomagali im w tym młodzi, zorganizowani nacjonaliści ukraińscy. Na drogach odwrotu mordowali żołnierzy i cywilne osoby, miejscowi wskazywali Niemcom ukrywających się żołnierzy, milicjantów, komunistów lub podejrzanych o sprzyjanie Rosji bez względu na narodowość, w większości swoich rodaków. Niemieckie władze starały się szybko opanować sytuację i zaprowadzić porządek na zapleczu frontu. Spędzono ludzi do gaszenia pożarów, usuwania gruzów i oczyszczania ulic, zabezpieczano ocalałe jeszcze obiekty przemysłowe i komunalne. Natychmiast wezwano do pracy kolejarzy, przekuwano tory na normalnotorowe, uruchamiano parowozownie, naprawiano uszkodzony tabor kolejowy. To w miastach. Swoje porządki na wsi wprowadzono w drugiej kolejności. Były takie miejscowości, w których Niemców zobaczono dopiero po kilku tygodniach, ale tu rządzili pełni nadziei na przyszłość członkowie organizacji ukraińskich. W miastach brak było żywności, nie było żadnego zaopatrzenia, o potrzeby miejscowej ludności nikt się nie troszczył. Dopiero znacznie później wprowadzono kartki, ale przydziały były głodowe. Prawdziwy " Ordnung" zaczął działać gdy władze objęły organa cywilne. Wołyń wszedł w skład "Reichskommisariatu Ukrainy" którego siedzibą było Równe, a jego wielkorządcą Erich Koch. Rozpoczęto od rabunku wszystkiego co było niezbędne dla potrzeb wojny, potem mienia żydowskiego. Powstały getta, obozy, zapełniały się więzienia, szalało gestapo i inne jednostki policyjne niemieckie i ukraińskie. Opis sytuacji przekracza ramy niniejszego opowiadania.  (...) Prześladowania niemieckie i zaostrzenie i tak już złych stosunków ukraińsko-polskich zmusiło do zaktywizowania oporu i podjęcia czynnej walki zbrojnej. Najpierw z tym, który nie powinien nim być, z odwiecznym sąsiadem, a teraz wrogiem, z szowinistami i zbirami spod znaku "tryzuba". (...) Kto był tym wrogiem w świadomości ówczesnych mieszkańców kresów. Nazwa UPA - Ukraińska Powstańcza Armia była raczej wtedy mało znana i nie używana powszechnie. Groźbę pożogi i straszliwej śmierci niosły nazwy " bulbowcy" , " banderowcy" , a najpowszechniejsza, najbardziej popularna i dosadna "rezuny" . Były to oddziały o różnych orientacjach, politycznych w stosunku do kierownictwa OUN ­ Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, których wtedy nie rozróżniano i które dziś są znane tylko specjalistom z tego tematu.  (...)  Zagrożenie, a potem czynne napaści musiały wywołać wśród ludności polskiej odpowiednią reakcję. Ponieważ próby porozumienia i uspokojenia wrogości nie przyniosły pozytywnych rezultatów ­ pozostawała walka. Najpierw w formie samoobrony w miejscowościach skupiających Polaków. (...)  W lipcu 1943 r. nastąpił proces reorganizacji samoobrony ludności, wspomaganej przez komendę okręgu przez przysyłanie oficerów i podoficerów do szkolenia obrońców. Zaczęły powstawać bazy grupujące po kilka lub kilkanaście wsi i kolonii. Ośrodki te były często nękane, a mniejsze zniszczone przez upowców. Ale celem ich było przede wszystkim zlikwidowanie dużych ośrodków, baz samoobrony. (...)  Ciągłe zagrożenie istnienia i życia spowodowało, że niektóre rodziny polskie w poszukiwaniu względnego bezpieczeństwa porzucały ziemię i dobytek i starały się wyjechać za Bug do Generalnej Guberni. Kończyło to się często wywozem uciekinierów na roboty do Niemiec. Polskie władze konspiracyjne zdecydowanie przeciwdziałały temu, nie chcąc dopuścić do całkowitego opuszczenia Wołynia przez Polaków w przewidywaniu bliskiego końca wojny, szczególnie z uwagi na fakt, że polskie ośrodki wiejskie stanowiły bazę dla osób zagrożonych przez Niemców, a także powstających oddziałów partyzantki polskiej. Od wiosny 1943 r. zaczęły formować się na Wołyniu oddziały zbrojne Armii Krajowej. Do ich zadań należało wspieranie placówek samoobrony i działania dywersyjne. Niektóre z tych oddziałów powstały na szczątkowych patrolach byłego II odcinka "Wachlarza", inne wyrosły z samoobrony. (...)Jest to tylko bardzo krótka wzmianka o znanych i najwcześniej walczących na Wołyniu polskich oddziałach partyzanckich, a właściwie wojska podziemnego, które stanowiły później trzon powstającej 27 WDP AK Historia, dokonania i postawa oficerów i żołnierzy każdego z tych oddziałów mogą stanowić odrębny temat i godne są szczegółowych opracowań i książek.(...) Trzon formowanej jednostki tworzyły oddziały (późniejsze bataliony) " Jastrzębia", "Sokoła", "Korda", " Bogorii", " Łuny " (później nazywanej " Krwawą Łuną" ). (...) Walki 27 WDP AK były ukoronowaniem zmagań z najeźdźcami i wrogiem miejscowym, prowadzonych od pierwszego dnia tej okrutnej wojny, były efektem kilkuletnich przygotowań konspiracyjnych przez ludzi, z których wielu tej chwili nie doczekało, lub zostało zatrzymanych w pół drogi. (...) " W 1993 r. ukazała się jego następna książka: " Była taka broń : łączność Okręgu Wołyń i 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, 1942-1944 ".  Już na wstępie autor pisze: ... ......  historia 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej została utrwalona w dwóch fundamentalnych opracowaniach - Michała Fijałki i Józefa Turowskiego . Dotyczą one całości działań Dywizji, z konieczności więc nie uwzględniają szczegółów i zdarzeń mniejszej wagi, które jednak stanowią cząstkę jej historii. W ich cieniu ośmielam się przedstawić opis służby łączności Okręgu Wołyń AK i Dywizji. Stanowi on uszeregowany w miarę chronologicznie zbiór informacji podanych w różnych opracowaniach, wydawnictwach okolicznościowych i relacjach, szczególnie ppor. „Szymona " Józefa Figórskiego i kpt. „Bożeny" Adelajdy Połomskiej Bąbińskiej, z których wybrałem i w wielu miejscach cytuję za ich zgodą fragmenty tekstów dotyczących służby i znaczenia łączności w warunkach konspiracji i w czasie walk, w okresie od 1942 r. do 26 lipca 1944 r. Informacje z okresu działań Dywizji pochodzą również z osobistych notatek żołnierza łączności Piotra Konowałowa „Kulasa" i moich własnych, prowadzonych w opisywanym okresie. Na podstawie takich właśnie, pozornie mało znaczących lub drugorzędnych, lecz oryginalnych zapisków, starałem się zweryfikować informacje zebrane z innych źródeł i odtworzyć, udokumentować historię służby łączności. (...)  Do napisania tej pracy skłoniła mnie także potrzeba uporządkowania różnych rozproszonych, zasadniczo ubocznych i nie zawsze prawdziwych informacji na temat łączności w naszej Dywizji, które dotychczas ukazały się we fragmentach i nie oddają ich charakteru i znaczenia. Wpłynęła na to również zachęta Koleżanek i Kolegów, jaką wyrażali w czasie naszych spotkań, szczególnie ta jedna ­ „ty pisz, a my to i tak skrytykujemy" . Na tę krytykę, ale i na wyrozumiałość oczekuję, pozwoli ona bowiem wnieść poprawki i uzupełnienia, a o to nam też chodzi. Autor - również żołnierz łączności 27 WDP AK na całym jej szlaku bojowym, stara się tą pracą przedstawić ważną służbę łączności na wojnie, jednocześnie pragnie tym samym złożyć wyrazy uznania i szacunku swoim Dowódcom, Koleżankom i Kolegom - życząc, żeby ich walka, praca, poświęcenie i imiona nie zostały zapomniane.....(...) W 1943 r., zwłaszcza w jej drugiej połowie działały na terenie okręgu liczne ośrodki samoobrony chroniące ludność polską przed atakami UPA i wspomagające je oddziały partyzanckie AK, wśród których do największych należały: OP „Jastrząb", „Sokół" , „Kord" , „Bomba" , „Łuna" , „Gzyms" , „Piotruś" i wiele pomniejszych. Nazwy oddziałów pochodziły od pseudonimów ich dowódców. Oddziały te weszły później w całości lub w części do 27 WDP AK. W konspiracji znajdowało się około 10 tys. żołnierzy. Z tych sił komendant okręgu zamierzał wystawić związek w sile korpusu. Należy podkreślić, że na Wołyniu nie było podziału politycznego wśród Polaków. Armia Krajowa była jedyną polską organizacją podziemną. Nie wykluczało to udziału Polaków w jednostkach podlegających Ukraińskiemu Sztabowi Partyzanckiemu. Ukoronowaniem działań komendy okręgu było wystawienie największej jednostki zbrojnej Polski Podziemnej 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W końcu 1943 r. do granicy Rzeczypospolitej zbliżał się front wschodni. 4 stycznia 1944 r. przekroczyły ją pierwsze oddziały Armii Czerwonej, 12 stycznia zajęte zostały Samy. Komenda okręgu przygotowywała się do rozpoczęcia zadań wynikających z planu akcji „Burza" . 15 stycznia 1944 r. płk ,Luboń" wydał rozkaz mobilizacyjny wszystkim zakonspirowanym grupom wojskowym, samoobrony i jednostkom partyzanckim okręgu. Na bazę i miejsce koncentracji wyznaczono rejony już opanowane przez polskie jednostki partyzanckie, zasadniczo wokół silnych ośrodków samoobrony, na południe od Kowla i koło Włodzimierza Wołyńskiego. Nie wszystkie jednak działające na Wołyniu oddziały partyzanckie dotarty na miejsce koncentracji, niektóre z nich zostały odcięte lub częściowo rozbrojone przez jednostki radzieckie przesuwającego się na zachód frontu, część z nich dotarła tu dopiero w lutym 1944 r. Na rozkaz mobilizacyjny wyszli na miejsce zbiórki żołnierze konspiracji z inspektoratów - kowelskiego i częściowo łuckiego. Szacuje się, że tylko z Kowla w dniach 15 i 16 stycznia wyszło około 3 tys. żołnierzy i dotarło na miejsce zbiórki koło Zasmyk i Kupiczowa, natomiast żołnierze włodzimierscy kierowali się do Bielina, Wodzinowa, Spaszczyny. Silny oddział partyzancki z obwodu lubomelskiego, por. „Korda" Kazimierza Filipowicza, po przyjęciu żołnierzy ze swojego obwodu, pozostawał w swoim terenie działania, na południe od Lubomia. Jednocześnie komendant okręgu płk „Luboń" ze swoim sztabem oraz inspektor kowelski - mjr, Kowal " Jan Szatowski, zmienili kwaterę w Kowlu na zasmycką. Z istniejących już wcześniej oddziałów i zmobilizowanych żołnierzy konspiracji powstawała pod dowództwem płk. „Lubonia " 27 WDP AK, składająca się z dwóch zgrupowań: „Gromady" z sił inspektoratu kowelskiego i „Osnowy" z jednostek inspektoratu łuckiego. (...)  Organizatorem i pierwszym dowódcą od 16 stycznia 1944 r. do 11 lutego 1944 r. był pełniący jednocześnie obowiązki komendanta okręgu płk. „Luboń" Kazimierz Babiński, a od 11 lutego 1944 r. przybyły z Warszawy ppłk. „Oliwa" Jan Wojciech Kiwerski. (...) "  W 2004 r .ukazała się " 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej : 60. rocznica powstania i walk 1944-2004 ", gdzie autor stosownie do rocznicy starał się zaprezentować w wyrazisty sposób ten znaczący rozdział naszej historii. Warto zapoznać się  chociaż z fragmentem : " (...)  Pierwsze pojedyncze mordy na Polakach zdarzały się już we wrześniu 1939 r., potem w 1941, natomiast już od końca 1942 r. stały się masowe, których ofiarami były całe rodziny, potem wsie i osiedla polskie. W niektórych ginęło nawet po kilkaset osób podczas jednego napadu. Zbrodnie te w skali masowej trwały do 1944 roku. Już w 1943 r. powstawały pierwsze ośrodki samoobrony w większych skupiskach polskich, jak w Hucie Stepańskiej, Przebrażu, Rożyszczach, Ostrogu, Pańskiej Dolinie, Bielinie i w Zasmykach oraz wiele mniejszych. Nie wszystkie przetrwały i uniknęły zagłady. Płonęły całe wsie, kościoły, gospodarstwa. Krwawe łuny wisiały nad Wołyniem. Według ostatnich szczegółowych badań w efekcie zbrodni UPA, w okrutny  sposób wymordowano tylko na Wołyniu ponad 50 tys. Polaków ­ mężczyzn, kobiet, dzieci i starców. Nikt ani Niemcy, ani silne jednostki partyzantki sowieckiej poza nielicznymi przypadkami, nie przyszedł z pomocą nieszczęsnej ludności. Dopiero latem 1943 r. pierwsze polskie oddziały partyzanckie na Wołyniu, współpracując z ośrodkami samoobrony rozpoczęły bezpośrednią walkę z barbarzyńcami. One to oraz członkowie samoobrony i zmobilizowani żołnierze konspiracji tworzyły później 27 Wołyńską Dywizję Piechoty AK. Działania zbrojne Dywizji to chwalebna cząstka walk o niepodległość. Były one liczne, ciężkie i niezwykle bohaterskie i dramatyczne, ale stanowią fragment naszej ogólnej historii. Niestety - przez długie lata okryte perfidną zmową milczenia, nie są do dzisiaj szerzej znane poza środowiskami kombatanckimi, zasadniczo kresowymi. Obecnie istnieje już bogata literatura na ten temat, jednak nie każdy po nią sięgnie. Dlatego ten opis będący bardzo skrótowym zarysem jest przeznaczony dla Czytelnika, który może po raz pierwszy spotyka się z Wołyniem, a który stanowi mały, ale chwalebny fragment dziejów Polski. Można jeszcze dodać, że Wołyń... to także region gdzie powstała i o który walczyła i nadał jej dumne imię: 27 WOŁYŃSKA DYWIZJA PIECHOTY A. K ."  Pragnę jednak zwrócić uwagę na  "Kartki wydarte z życiorysu", bo to pozycja wyjątkowa związana   z osobą autora,  skromnego człowieka ale o bogatej i interesującej przeszłości.  Książka zawiera w głównej mierze bardzo ciepłe, oddające atmosferę czasu i miejsca historie z okresu dzieciństwa spędzonego na Wołyniu oraz młodości, która przypadła na czas II wojny światowej. Na szczególną uwagę zasługują tu opowieści wojenne, wielokrotnie przedstawiające fakty zupełnie nieznane, momentami szokujące, często obalające myślowe stereotypy. Poniżej fragment zatytułowany:  " Konspiracja. Początek lata 1943 roku był pogodny, ciepły i spokojny. Ale tylko w mieście i w dzień. Prawie każdej nocy cisz ę przerywały dalekie wybuchy – zrywy, jak u nas z rosyjska mówiono. To miny na torach. Potem słychać było przejmujące wycie syren oznaczające wyjazd pociągu ratowniczego. Zaczęły też pojawiać się coraz częściej łuny na horyzoncie. To barbarzyńskie dzieło banderowców. Powszechne dni tygodnia nie różniły się. Dorośli musieli pracować, matki nie wypuszczały dzieci poza zasięg wzroku. Do szkół nie chodziły, bo ich nie było. Ciężkie warunki okupacyjne nie zniszczyły jednak woli życia młodzieży.

Rozrywek żadnych nie było, chodzenie do kina uważano za hańbiące. Był co prawda okres zawieszenia, kiedy dawano przed programem niemieckie kroniki albo propagandówki z Katynia. Pozostawały tylko kąpiele w Turii. Ta niewielka, wołyńska rzeka miała czystą wodę, pachniała szuwarami i tatarakiem. Odcinkami płynęła meandrując przez piaszczyste podłoże – tu brzegi były płaskie i woda niegłęboka – by za chwilę przeciskać się przez wąski, czarny korytarz między stromymi torfiastymi brzegami a zaraz dalej tworzyła zabagnione rozlewisko, z niedostępnymi, obrośniętymi sitowiem i trzciną brzegami. Każde lepsze miejsce nadające się do kąpieli i pływania miało swoją nazwę. Z mojej strony miasta, zaczynając od mostu brzeskiego znane i uczęszczane były: ”obryw”, „babska kępa”, „jamka”, „plaża”, „trampolina” i Werbka – wyspa, gdzie wśród stuletnich drzew stała piękna, siedemnastowieczna cerkiew. Utarł się w tym czasie zwyczaj, że po niedzielnym nabożeństwie młodzież licznie wychodziła nad Turię. W jednym miejscu spotykali się zawsze ci sami. Może to nie było najrozsądniejsze w warunkach okupacyjnych, ale tak było. Dorośli z małymi dziećmi przychodzili po południu. Moim ulubionym miejscem był „obryw”, gdzie na ostrym zakręcie rzeka poszerzała się a od zewnętrznej strony wysoki, podcięty brzeg umożliwiał skoki. Była duża głębia, więc pływali tu tylko dobrzy pływacy. Miejsce to miało złą sławę od lat, bo nie było roku, żeby ktoś tu nie utonął. Drugie miejsce, kilkaset metrów w dół rzeki, gdzie też często chodziliśmy, to była „babska kępa” a obok zaraz „jamka”. Na „babskiej kępie” kąpały się głównie dziewczyny i dzieci. Było tu piaszczyste dno, łagodne, dostępne brzegi i niegłęboko. W tych dwóch miejscach kąpali się również szoferzy z niemieckiej bazy transportowej, przeważnie Rosjanie lub inni zwerbowani wśród jeńców sowieckich. Przychodziliśmy tu czasem podziwiać ich wspaniałe popisy gimnastyczne czy nawet akrobatyczne. Bywali tu również żołnierze niemieccy z koszar na Górce. Byli zawsze bez długiej lub widocznej broni, zachowywali się swobodnie i przyzwoicie. Nigdy nie widziałem z ich strony żadnej zaczepki czy zagrożenia. Jakby po zrzuceniu mundurów stawali się normalnymi, młodymi ludźmi. Układali swoje mundury w kostki i zdawało się, że nikt ich nie pilnował. Zasadniczo wszyscy kowelscy chłopcy, którzy przychodzili nad rzekę zawsze w te same miejsca, znali się przynajmniej z widzenia. Każda obca twarz zostawała zauważona. Ci, co mówili po niemiecku lub rosyjsku, nie obchodzili nas. Wiedzieliśmy, że nigdy nie przychodzą tu żandarmi i policjanci; byli na to zbyt ostrożni. Jednej niedzieli zobaczyłem na „obrywie” obcego. Wysoki, silny i wysportowany, wspaniale skakał do wody i pływał. Zwracał na siebie uwagę wielu, co nie dziwiło w miejscu, gdzie, jak wspominałem, wszyscy się znali. Jednak prawdziwą chyba przyczynę poznałem po chwili, gdy jeden ze stałych bywalców „obrywu”  (żaden mi bliski kolega), wskazując ruchem głowy na nieznajomego, powiedział konspiracyjnym szeptem: – Ty, wiesz kto to jest? – Nie. – To spadochroniarz, oficer, przyleciał z Londynu. On tu organizuje naszych. To mój znajomy. Zdębiałem, ale zachowałem jednak na tyle przytomności, że z udaną obojętnością ruszyłem ramionami. W konspiracji byłem od dawna i nie mieściło mi się w głowie, że można być tak głupim, żeby takie rzeczy rozgadywać. Coś odburknąłem i gorączkowo zacząłem szukać sposobu, żeby ostrzec tego człowieka i samemu się nie narazić, gdyby to była prowokacja. Okazja wkrótce się nadarzyła. Zobaczyłem, że szykuje się do kolejnego skoku, szybko wszedłem do wody i podpłynąłem do miejsca, gdzie powinien się wynurzyć. Gdy tylko wychylił się z wody, podpłynąłem bliżej i zagaiłem: – Ale fajnie pan skacze! Odważny pan – a potem dodałem ciszej – jak spadochroniarz. Zauważyłem niepokój na jego mokrej twarzy. Wtedy powiedziałem wprost: – Tak tu na pana jeden mówił. Nie czekając na reakcję, zanurkowałem i popłynąłem z prądem. Gdy wyszedłem z wody i po kilkunastu minutach wróciłem na miejsce, już go nie było. Zobaczyłem go jeszcze raz, ale dopiero w kwietniu 1944 roku. Jechał na czele leśnego batalionu. "  Na podsumowanie twórczości Eugeniusza Rachwalskiego pozwolę sobie zaprezentować bardzo interesujący fragment  OSTATNIEGO SŁOWA AUTORA z książki   "Wołyń i jego żołnierze " : " W miarę swoich umiejętności i posiadanych materiałów starałem się przedstawić dzieje dywizji, ze szczególnym wprowadzeniem historycznym, jednak bez politycznych ocen, do których nie jestem upoważniony ­ a nie chciałem przepisywać już głoszonych, z którymi w większości nie zgadzam się. Moje spojrzenie na fakty i zdarzenia ­ z punktu widzenia żołnierza jest w jakimś stopniu subiektywne i wymaga pewnego wyjaśnienia. W swoim opowiadaniu, opartym w znacznym stopniu na osobistych notatkach z tego okresu, widzę szczególnie żołnierza - człowieka, posiadającego świadomość historycznej przynależności tej ziemi do Polski. Wołyń - to jego Ojczyzna i Ojcowizna. Ta właśnie świadomość miała przemożny wpływ na postępowanie Wołyniaków, ich wolę walki i obrony, która spowodowała ruch partyzancki i tak masowy napływ do 27 WDP AK, a nie jak przypisywano później przez politycznych mentorów - działalności Rządu Londyńskiego."